Translate blog

piątek, 26 grudnia 2014

Hoł, hoł, hoł!

Jeśli przypadkiem zastanawialiście się czy nie porwało mnie UFO to informuję że mam się swietnie i... tak, tak, jestem w Ameryce! Juhuuu... Siedzę na wygodnej kanapie i popijam malinową herbatkę, ale bynajmniej nie nad Pacyfikiem ;) spędzam moje pierwsze amerykańskie święta w Lakewood, CO.  Za oknem zające skaczą po śniegu, wielkie wiewiórki wspinając się na ogrodzenie, a w tle widać Góry Skaliste... Były najprawdziwsze pancakesy z syropem klonowym, smażony bekon i mnóstwo meksykańskiego jedzenia. Moja host rodzina uwielbia wszystko co meksykańskie ;)

Przyjechaliśmy tu do dziadków dwa dni po moim przylocie i z pełną odpowiedzialnością i przekonaniem stwierdzam że jest cuuudoooownie :) Zjechały się tu siostry mojej host mum, jedna sama a druga z rodziną. Są serdeczni, dużo rozmawiamy, i traktują mnie niesamowicie życzliwie. Mam tu swój malutki pokoik który prawie w całości wypełnia ogromne dmuchane łóżko :)

Wigilia wyglądała zgoła inaczej niż w Polsce. Na kolację wszyscy przygotowywali meksykańską potrawę, której nazwy oczywiście nie zapamiętałam :P W każdym razie były to takie kukurydzianej placki z gotowanym kurczakiem, salsą, warzywami, pastą z fasoli i dipem z awokado. Wszystko na ostro! Wieczorem wieszalismy na kominku świąteczne skarpety, do których Mikołaj przyniósł nocą prezenty. Dla mnie był wyjątkowo hojny...! ;)


Następnego dnia od rana rozpakowywanie i oglądanie kto co dostał. Muszę przyznać ze tu faktycznie jest to wielka ceremonia! Każdy wyciąga po kolei swoje prezenty, jeden za drugim, i wszyscy oglądają i się zachwycają ;) tutaj trwało to chyba z pięć godzin z krótką przerwą na śniadanie :) i chociaż samo podejście do Świąt jest raczej hedonistyczne (w życiu nie widziałam takiej fury prezentów) to urzekło mnie że wszyscy się z tego autentycznie cieszą i szczerze sobie dziękują. Moje host dzieci tez są nauczone wyrażania wdzięczności i każdemu od kogo coś dostały piszą kartkę z podziękowaniem :) super zwyczaj!

Mój Mikołaj przyniósł mi kartę podarunkową na zakupy w H&M o wartości 150$, bidon samochodowy, pomadkę i aromaterapeutyczny inhalator kieszonkowy, oraz zestaw perfum w malutkich flakonikach. Babcia śmiała się, ze to zestaw dla niezdecydowanych kobiet :P

Ale gwoździem programu był... laptop od mojej hostki :D Mały netbook Acera, żebym mogła wreszcie normalnie pisać posty na blogu ;) Bo klepanie tego na komórce to uwierzcie mi - kara z niebios :P

Także uwalona pod górą prezentów odpoczywam i jem na przemian :) Ale żeby nie było ze uprawiam tu tylko konsumpcję, dzisiaj nawiedzilam też lokalną katolicką parafię :)  Chór śpiewał kolędy które znam  z amerykańskich filmów także wrażeniem dość ciekawe :P Na Ojcze nasz cała parafia złapała się za ręce a na znak pokoju wszyscy mówili sobie Merry Christmas :P Szał :P Z kazania nic nie zrozumiałam bo ksiądz niewyraźne mówił, ale przecież nie kazanko było tu istotą ;)

Za moment kolacja. Następnego posta napiszę jak wrócimy do Kalifornii. Wszystkiego najpiękniejszego, błogosławionych Świąt!

2 komentarze:

  1. Faktycznie... prezenty wow!!
    Czekam na dalsze wieści...
    Pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne zdjęcie ;) Powodzenia z rodzinką!

    OdpowiedzUsuń